Kasia & Jasiu
To był szczególny i wyjątkowy dzień. Przeżywam wiele ślubów, nawet przy osobach, które widzę właściwie pierwszy raz w życiu. Taką niesamowitą magię czynią właśnie ludzie, ich emocje, które oddziałują z niebywałą mocą i w chwilach tak podniosłych i ważnych potrafią zarażać. Jednak tym razem było o tyle szczególniej, że to nasz Jasiu, „jeden z nas”, postanowił podzielić się swoją miłością z całym światem. Cudownie było „jednym oczkiem” odprowadzać ich do ołtarza, doświadczać tego, czuć tą gęsią skórkę, być tak blisko. Setki kilometrów od domu, gdzie wszystko miało swój niepowtarzalny urok. Trzy lata temu miałam przyjemność uwieczniać ślub Iwonki i Damiana, brata Jasia. Już po tym weselu pokochałam ich rodzinę i wiedziałam, że na jaśkowej uroczystości będzie równie rodzinnie, równie wesoło oraz równie magicznie, bo inaczej nie da się opisać energii, jaka oddziałuje w ich towarzystwie.
Ogromnie się cieszę, że dzieliłam z Wami ten wspaniały dzień, jak i cieszę się, że nasze drogi kiedyś tam się zbiegły. Wasza rodzina emanuje taką pozytywnością, takim dobrym ciepłem, którego nigdy mało i wystarczy go dla każdego, że bez Was ten świat nie byłby już taki sam (:
Polecam oglądać w jakośco HD (:
- Napisałaś coś ładnego? – Same brzydkie rzeczy…
Nie przez pomyłkę zmoczył nas intensywnie zimny deszcz. Nie bez powodu nasze szklane oczy skazane były na swoje wzajemne, pełne trosk i zawodu, spojrzenia. Niebezpieczne rozwiązane trampki, szurające po brudnych, mokrych od deszczu ulicach, ulicach przesiąkniętych zapachem spalonego, stokrotnie filtrowanego tłuszczu do hamburgerów, pełnych zapachu chorych gołębi, alkoholowej woni gorączki sobotniej nocy, rozwiązłości weekendowej, desperacko poszukiwanych miłościach w spodniach nowo napotkanych partnerów do parkietowych pląsów. Nie byliśmy zauroczeni nowym miastem, nie byliśmy zauroczeni jego klimatem, strukturą, niczym, co podniecało tłumy ludzi przewijających się obok nas. Byliśmy kompletnie zauroczeni sobą, splotem swoich rąk, prawdziwością rozmów towarzyszących gorącej herbacie na tarasie hostelu czy też męczącym nogi spacerom. Dobrych kilka, kilkanaście lat wstecz, kiedy w głowie lubiłam układać sobie swoją przyszłość, inaczej wyobrażałam sobie odkrywanie przeze mnie świata. Kiedyś świat musiał być dla mnie piękny, musiał mieć śliczne budynki, codziennie słońce, dobre lody, atrakcjami zachęcać do odkrywania. Dziś to wszystko staje się nieważne, bo każdy odkrywany świat jest cudowny dopiero wtedy, kiedy zamiast na zabytki, patrzymy sobie w oczy, a zamiast opowiadać o historii odkrywanego świata, rozmawiamy o nas. Kocham to, wiesz?
POP-anvoy
Jesteśmy wolni, otoczeni ochronnym płaszczem pozornej emancypacji, pozornego zmartwychwstania dla naszych przekonań, dla naszych planów, dla naszych postanowień. Moc dni opowieści o towarzyskiej samotności, wypełnionej człowiekiem po sam wierzchołek lodowej góry, o niewidzialnych granicach przekraczanych z każdym nieświadomym dniem. Jesteś twoim jutrem, wykorzystaj to.
You will never know.
Nie o to była walka. Przeszłość gryzie po piętach, a ja nago stąpam po tych wszystkich słowach, obietnicach, które składaliśmy sobie wzajemnie, po każdej asertywnej postawie, której czasem żałuję, po każdym rozżarzonym węgielku mocy, jaką włożyliśmy w to wszystko. Nie stąpam ostrożnie, bo w sumie pies to drapał, raz nie zawsze, a i raz to nie pierwszy. Retrospekcja, wiwisekcja, kolaboracja z poczuciem winy. Ot sytuacja, której wcale nie jesteś panem, nie jesteś tu nawet ofiarą, jesteś pachołkiem wyszarpującym się nieudolnie z objęć przeznaczenia, bo chcesz panować nad własnym życiem i emocjami. Nie tędy droga, ale nie zawracaj, błądź, węsz, szukaj, udawaj, że na wszystko masz wpływ, tylko nie stój w miejscu, bo to zabija najszybciej. Inwersja rzeczywistości. Chyba tego mi było trzeba.
I need to feel the dream.
Przełamując strach przed snem, przed każdym kolejnym dniem, który bezczelnie zagłusza ciszę. Ciszę hodowaną tylko na pożytek własny. Budząc się z zimowego snu, na przekór temu, co za oknem, na przekór temu, co w duszy, na przekór całemu skumulowanemu w marazmie światu. Kończy się ulubiona piosenka, włącz ją od nowa, pieprz system, nie słuchaj tego, co wypada, słuchaj tego, co da ci siłę. Nie top swoich kotów w głowie, pozwól im żyć swoim życiem, pozwól im zostawiać kłaki w każdym zakamarku twojego dziewiczego umysłu, podrap za uchem, zrób im wiosnę, uwolnij potwory, niech się razem bawią, niech celebrują każdą szaloną chwilę ładując cię tym, czego nikt inny nie widzi, niech uwalniają w tobie wszystko, dzięki czemu inni mogą to zobaczyć…
And I won’t come home tomorrow…
Tutaj wiosna nie pachnie bazią. Anomalia w całej egzystencjalnej krasie. Bez zwiewnych podskoków, bez splotu rąk, wciąż z gorącym kakao w dużym, uszczerbionym kubku, w wełnianych skarpetach, w pięciu szarych swetrach opatulających schłodzone serce. Tam też nie ma wiosny. Przebiśniegi śpią, bociany sieją lament, bo wszystko przesunęło się w czasie, całe życie, cały proces odtwórczy corocznego kabaretu, fraszki takiej, coraz mniej zabawnej, bo kiedyś to chociaż uśmiech wywoływało, dziś tylko krzywe uniesienie kącika ust. Śnieg w butach, śnieg w życiu, śnieg w głowie, samobójczy maraton pozytywnych myśli.
några fotografier, ett hjärta.
Parę chwil, parę ujęć, parę myśli, parę zmartwień, parę radości, parę uśmiechów, parę nadziei, parę złości, parę szczególności, parę wspomnień, jedno serce. Tylko tam.
make some noise.
Świat staje się coraz mniejszy, coraz ciaśniejszy na marzenia. W powietrzu czuć silną woń niechcianej rutyny, rutyny ciągłego układania swojego życia, szmeru mrużonych oczu, oczu spoglądających z boku, z intensywnością silniejszą niż wstyd, słabszą niż wola zajmowania się swoim życiem, swoimi problemami, z chęcią wcielania się w reżysera czyjegoś losu bądź chociaż drobnego suflera, który nie tylko podpowiada z kąta „jak żyć”, ale po godzinach wolontarystycznie pracuje jako główne źródło informacji, rzecznik prasowy i sprytny szpieg swojego domowego wywiadu. Od lat to samo, choć czasem przybiera inną formę, a ja wciąż nienauczona od lat tak samo się dziwię i irytuję. Kiedyś, jako mała dziewczynka, żyłam w naiwnym przekonaniu, że jak człowiek trochę podrośnie, jakiegoś doświadczenia nabierze, mądrości życiowych, znajdzie sobie człowieka, któremu będzie zawracać głowę sobą, dziećmi, whatever, nie pozwala już sobie na podwórkowe zabawy w zaglądanie komuś do mieszkania, życia. Okazuje się, że z czasem ten syndrom się nasila, że te poduszki w kwiatki na parapetach osiedlowych okien to nie legowisko dla domowych kotów, tylko kur szukających ziaren w nie swojej zagrodzie. Cóż za rozczarowanie! Wstydź się, głupia babo, jedna z drugą i odmów co niedzielę jedną zdrowaśkę więcej za to, że wypowiadanie plotek nie parzy w język, a zaglądanie do czyjegoś życia nie powoduje ślepoty, choć zapewne w takim układzie to byłaby właściwa nagroda. Już zdążyłam zapomnieć, dlaczego moje marzenia mają zupełnie inną przystań, którą od mojego obecnego położenia dzielą tysiące kilometrów, a na której również muszę uważać na te same domowe kury, które swoje ciekawskie piersi wygrzewają nie na osiedlowym oknie z poduszką, ale klawiaturze komputera. Jeden pies. Choroby bliźnich należy tolerować, czyż nie?
save the drama for your mama.
Słońce nadal świeci, świat ciągle się kręci, śniegu wciąż nie przybywa, a pakiet przygód dopiero został tak naprawdę napoczęty. Bez wzniosłych dramatów, bez niepokoju w głosie, z małym uszczerbkiem na życiowym dorobku, ale przecież człowiek ciągle się uczy, zwłaszcza podejmując codziennie inną decyzję i stojąc w rozkroku, bo zdecydować się nie może, oddając ostatecznie walkowerem wygraną rozsądkowi, choć tylko na chwilę. Na dniach powróciwszy do spełnianie należytych obowiązków do kraju, gdzie człowiek potwierdzać się może tylko w przekonaniu, że to nie jego miejsce, gdzie słabe serca katolików biją najgłośniej, bydło przy korycie najintensywniej ociera się o siebie w łapczywym maratonie, co dzień to abstrakcja i choć przeszłość taka, że serce rośnie, to nic poza tym. Jednak mimo, iż nie zdążę za tym podejściem pokarmić bananem moje życiowe miłości, to cieszę się na przedłużenie wspólnych chwil z tymi, którymi nie zdążyłam się nacieszyć przed wyjazdem. Kilka gratisowych miesięcy na naładowanie siebie mocą godną owładnięcia nowym światem, swoimi marzeniami i przejęcia kontroli nad rutynową walką ze złem często wyimaginowanym, choć wróg to jeden z tych, których nie warto lekceważyć. Optymistyczna strona mnie już dawno nie przeżywała takiego rozkwitu. Save the drama for your mama, bo w Twoich ramionach wszędzie będzie mój dom.
dramatic shade of sun.
Nieszczęście w szczęściu. Nieszczęśliwe wzloty i szczęśliwe upadki. Rozkład na części pierwsze swojego życia, po którym nic znowu nie jest takie samo, po którym duma karleje przed uprzedzeniem. Mało bezpieczna zabawa ze swoimi emocjami, ze skrajności w skrajność, wywoływanie wilków z lasu, rozszarpywanie pragnień, karuzela zmysłów, które, w swojej całej ułomności, nie pracują jak należy, rozstawianie po kątach swoich lęków tylko po to, by na nie patrzeć i je chłonąć, gdzie tylko się nie spojrzy. Some tears ago… A w głowie, szyderczo i jak na ironię, rozbrzmiewa Paradise, choć w głośnikach, dla zwykłej poprawności nieadekwatnej do sytuacji, lounge masuje skołatane nerwy. Plus ten widok za oknem, pełen zachodzącego słońca, niebieskiego nieba, czystego powietrza, topniejącego śniegu. Tak, to mogłaby być bajka, ale chyba nie tym razem.












